Dobra, musicie to przeczytać, bo sam nie mogę uwierzyć, że tak długo żyłem bez porządnej oliwy. I nie mówię o tej z dyskontu za 12 złotych, która smakuje jak… no właśnie – jak nic. Mówię o czymś, co przy pierwszym kontakcie z chlebem wywołuje reakcję w stylu: „czekaj, CO to jest?!”
Ale od początku.
Jak to się zaczęło, czyli kumpel i butelka ;)
Zero ściemniania – to nie jest historia typu „przypadkiem trafiłem na jakiś sklep w internecie”. Znam się z właścicielem sklepu viasoliveti.pl. Kiedyś przy okazji spotkania przywiózł butelkę oliwy i powiedział: „Spróbuj, powiedz, co myślisz”. Myślałem, że będzie jak z każdą inną oliwą. No wiecie, oliwa to oliwa, prawda?
Nieprawda. Kompletnie nieprawda.
Polałem chleb tą oliwą i wstałem od stołu dopiero, kiedy poleciała niemal połowa butelki (taka 250 ml butelka, dla jasności). Do samego chleba. Bez niczego. Bo ta oliwa była tak dobra, że nie potrzebowała towarzystwa. Świeża, lekko pikantna, z takim trawiastym posmakiem, który kończy się delikatną nutą migdałową. Ktoś powie: „Artur, przesadzasz”. Nie przesadzam. To był moment, kiedy zrozumiałem różnicę między oliwą z półki a oliwą z gaju.
1700 drzew, 20 lat i facet, który kocha to, co robi
No to opowiem Wam trochę o tym, skąd ta oliwa się bierze, bo to jest naprawdę fajna historia.
Vias Oliveti to rodzinna chorwacka firma z półwyspu Istria – tego kawałka Chorwacji, który wygląda jak kropla wpadająca do Adriatyku. Mają ponad 1700 drzew oliwnych, rozsianych po kilku lokalizacjach: Tar-Vabriga, Nova Vas, Vižinada, Krasica. Produkują oliwę od ponad 20 lat. I nie mówimy tutaj o jakimś wielkim koncernie – to ludzie, którzy sami zbierają oliwki, sami tłoczą, sami butelkują.
Tłoczenie na zimno, żadnych ulepszaczy, żadnej chemii. Mają kilka odmian: Leccino, Istarska Bjelica, Frantoio, Buža, Pendolino – każda z własnym charakterem. A ich mieszanka – Premium Blend – to jest właśnie to, co mnie powaliło przy pierwszym spotkaniu z chlebem. Łączy pikantność, owocowość i taką jedwabną łagodność, że aż ciężko opisać to słowami. Ale spróbujcie, to zrozumiecie.
Dlaczego akurat Istria? Maleńki wykład z historii
Jak zacząłem drążyć temat, to oniemiałem. Okazuje się, że Istria to nie jest żaden nowy gracz na rynku oliwy. Tu drzewa oliwne rosną od ponad dwóch tysięcy lat. Już starożytni Grecy i Rzymianie tłoczyli tu oliwę i to właśnie ta – istryjska – była uważana za najlepszą w całym Imperium Rzymskim.
Jest taki facet – Marek Waleriusz Marcjalis, rzymski poeta żyjący w I wieku naszej ery. Pochodził z Hiszpanii, pięknie pisał o swoim rodzinnym mieście Kordobie i co? Zestawiał ją właśnie z istryjską oliwą jako wzorem doskonałości. Prawie dwa tysiące lat temu koleś z Hiszpanii pisał, że oliwa z Istrii to jest TO. I wiecie co? Mało się zmieniło. Dziś Istria jest uznawana za jeden z najlepszych regionów oliwnych na świecie – i to piąty rok z rzędu wygrywa różne prestiżowe rankingi.
Klimat jest idealny: mnóstwo słońca, wiatr Bora z gór, który przewietrza gaje, żyzna ziemia wolna od pestycydów. Każda istryjska rodzina miała kiedyś swój własny gaj oliwny – drzewo oliwne symbolizowało zdrowie i długowieczność. Tam oliwa to nie jest produkt. To jest kawałek kultury.
Co mnie przekonało? Bo jestem sceptykiem z natury
Znacie mnie – nie jestem z tych, co lecą na ładne etykiety i marketingowe bajki. Lubię sprawdzić, podrapać pod powierzchnią, zapytać dwa razy. Więc zapytałem.
Po pierwsze – oliwa Vias Oliveti to prawdziwa extra virgin. Nie „na etykiecie extra virgin, a w środku kto-wie-co”. Tłoczona na zimno, w ciągu kilku godzin od zbioru. Oliwki zbierane ręcznie (!) – na Istrii nadal tak to robią, bo zależy im na jakości, a nie na ilości. Cały proces od drzewa do butelki odbywa się lokalnie.
Po drugie – te oliwy zdobywają nagrody. Nie jestem ekspertem od konkursów oliwnych, ale jak ktoś trafia do przewodnika Flos Olei z wynikiem 98/100, wygrywa złoto na NYIOOC w Nowym Jorku, zgarnia medale AIPO D’ARGENTO we Włoszech… to znaczy, że to nie jest przypadek. To jest rzemiosło na najwyższym poziomie.
Po trzecie – i to mnie chyba najbardziej kupiło – ta oliwa po prostu SMAKUJE. Nie muszę znać się na polifenolach i kwasowości (choć te parametry też mają fantastyczne), żeby wiedzieć, że to coś innego niż standardowa półkowa oliwa. Wystarczy wlać łyżkę na sałatkę, na bruschettę, na zwykłą pomidorową – i nagle zwykłe danie staje się niezwykłe.
Dla kogo to jest?
Dla Was. Serio. Nie musicie być foodie, nie musicie mieć kuchni rodem z Masterchefa. Wystarczy, że lubicie dobrze jeść i macie dość produktów, które wyglądają ładnie na półce, a w ustach są kompletnym niczym.
Oliwa Vias Oliveti jest też świetnym pomysłem na prezent – taką butelkę można dać komuś, kto „ma wszystko”. Bo dobrej oliwy nigdy za dużo. A jak ktoś po pierwszym łyku powie „skąd to masz?!” – będziecie mogli wysłać mu link do viasoliveti.pl i udawać eksperta od śródziemnomorskiej kuchni. Działa, testowałem :)
Mój pro-tip na start
Weźcie świeży, chrupiący chleb – najlepiej na zakwasie. Odrobinę soli morskiej (najlepiej grubej). I oliwę Vias Oliveti. Maczać i jeść. Nic więcej nie trzeba. To jest test, który pokaże Wam, czy macie do czynienia z prawdziwą oliwą, czy z podróbką w ładnej butelce. Gwarantuję – przy tej oliwie ten test zdacie z wyróżnieniem.
A jak się rozkręcicie, to spróbujcie ją do sałatki z pomidorami i mozzarellą. Albo do makaronu aglio e olio – tam oliwa jest gwiazdą wieczoru i nie ma prawa być przeciętna. Z tą od Vias Oliveti to danie gra na zupełnie innym poziomie.
Podsumowując
Wejdźcie na viasoliveti.pl, obczajcie ofertę. Można ich też znaleźć na Facebooku i Instagramie. A jak chcecie poznać producenta od strony źródłowej – viasoliveti.com – tam jest cała historia, nagrody, zdjęcia gajów. Jest pięknie.
Jak już spróbujecie – dajcie znać w komentarzach. Jestem ciekaw, czy też będzie u Was ten moment: „czekaj, CO to jest?!” :)
Smacznego!
– Artur

